Translate

poniedziałek, 30 września 2013

" Kiedy niepokój wkrada się do serc..."

   Przez jedną krótką chwilę zaległo między mami milczenie. Ze strachem wpatrywaliśmy się w Mroczny Znak. Wiedziałam, że ktoś dzisiaj umarł, bo właśnie to symbolizowała czaszka z wyłaniającym się z niej wężem, ale bardziej bałam się tej strasznej prawdy- śmierciożercy nadal istnieją. To przecież niemożliwe! Mimo, że minęło piętnaście lat, niedobitki chcą powstać, mimo, że ich pan już dawno nie żyje... A jeśli, jakimś sposobem....?
   Przeszedł mnie dreszcz. Odsunęłam się od okna, by nie widzieć Mrocznego Znaku. Nie wiedziałam czemu, ale z oczu płynęły mi łzy. Nikt, na szczęście, tego nie zauważył, bo twarz miałam całkiem mokrą.
   Czarnoskóry chłopak podbiegł do drzwi i otworzył je szybkim szarpnięciem.
   - Trzeba pomóc naszym!- zawołał do nas. - Chodźcie!
   Wyszliśmy na korytarz i popędziliśmy w kierunku lokomotywy. Szybko wyciągnęłam różdżkę. Przeciskaliśmy się przez tłum uczniów. Niektórzy także zauważyli Mroczny Znak i przekazali informacje dalej. Niedługo potem słyszałam głośne jęki, krzyki strachu i wrzaski osób, które próbowały uspokoić resztę. Potrącałam ludzi, którzy kulili się szukając bezpiecznego schronienia. Poczułam do nich urazę. Powinni, tak jak ja i moi towarzysze z przedziału ruszyć na pomoc nauczycielom!
   Biegłam dalej za rudą (niezwykle wysoką) dziewczyną z piegami. Widziałam tył jej głowy i plecy. Kilka razy potknęłam się o innych ludzi. Za piątym razem prawie upadłam na twarz. Złapałam się jednak ramienia blondynki z przedziału, która truchtała tuż za mną. Popatrzyła na mnie i kiwnęła głową. Podziękowałam pospiesznie i pobiegłam dalej. Było mi trudno zorientować się, co się dzieje.
   Huk wiatru, stukot kropel o pociąg, krzyki uczniów zlały mi się w niezrozumiały wrzask, wypełniający mi uszy. Po chwili pomyślałam, że ogłuchłam, bo słyszałam tylko przyspieszone bicie własnego serca. Adrenalina płynęła mi w żyłach. Przez to wszystko myślałam, że ruszam się w zwolnionym tempie. Ciężko dyszałam, byłam zmęczona i obolała.
   Strach zaglądał mi w oczy, co nie poprawiało mi w żaden sposób samopoczucia.
   Zauważyłam, że jakaś ładna Ślizgonka zatrzymuje blondyna, który biegł na samym przedzie i obraca go ku sobie.
   - Co robisz?!- usłyszałam, jak krzyczy.- Tam są śmierciożercy! Nie obchodzi ich, że jesteś ze Slytherinu czy nie! To śmiercożercy!
   - I o to chodzi! - wykrzyknął w odpowiedzi, wyrywając się z jej uścisku. Popędził dalej, by dziewczyna nie mogła go dalej zatrzymywać.
   Więc siedziałam w jednym przedziale ze Ślizgonem! Od zawsze Gryffoni i wychowankowie domu węża nie lubili się nawzajem. Ja także nie darzyłam ich szczególną miłością, ze względu na to, że byli wredni, mieli cięte języki i tak często wszystkim dokuczali. Kiedy zostałam mianowana prefektem dwa lata temu, starałam się zgłaszać nauczycielom wszystkie przewinienia, jakich byłam świadkiem. We wakacje dostałam list, że awansowałam na stanowisko prefekta naczelnego. Miałam zamiar karać Ślizgonów za każdym razem, kiedy zaczną stroić sobie żarty z innych uczniów. Wierzyłam, że są to potomkowie śmierciożerców i nie warto się z nimi zadawać. Teraz na własne oczy zobaczyłam, jak jeden z nich chce walczyć z tymi mordercami! Jednak zaczęłam patrzeć na niego bardziej podejrzliwie.
   Kiedy przeszliśmy z jednego wagonu do drugiego zobaczyliśmy prawie puste korytarze. Miałam złe przeczucia. Nagle stanęłam jak wryta. W przedziałach, które właśnie mijaliśmy uczniowie naprawiali zniszczone okna i drzwi. Niektórzy suszyli ubrania, inni sprzątali swoje rzeczy, które wypadły na podłogę.
   Zobaczyłam profesora Chrisa Mackijay'a, nauczyciela obrony przed czarną magią. Był mokry, brudny, szatę miał potarganą. Przez te wszystkie lata, kiedy mnie uczył zawsze widziałam u niego uśmiech. Lubiłam go, bo dobrze uczył i był przemiły. Teraz jednak uśmiech ulotnił się. Widać było, że ledwo trzyma się na nogach, garbił się. Westchnął ciężko, oparł się o ścianę pociągu i potarł twarz dłonią.
   Blondyn podszedł do niego.
   - Przepraszam.... - zaczął swobodnym tonem, a kiedy profesor podniósł głowę i uśmiechnął się lekko, kontynuował.- Wie pan gdzie możemy znaleźć niejakich śmierciożerców?
   Nauczyciel wyprostował się. Był niezwykle wysoki i chudy.
   - Przykro mi, nie mam pojęcia- powiedział, na co popatrzyliśmy na niego ze zdziwieniem. - Około piętnastu minut temu ulotnili się....
   - Ale co się właściwie stało?- zapytałam. Mackijay spojrzał na mnie i szerzej się uśmiechnął.
   - Moja ulubiona uczennica! - zawołał. - Jak minęły wakacje?
   - Bardzo dobrze, dziękuję.- odparłam pospiesznie. - Więc co się stało?- powtórzyłam, starając się by to zabrzmiało grzecznie.
   - A tak....- profesor sposępniał, zbiliśmy się w ciasny okrąg wokół niego. - Zaatakowano pociąg. Śmierciożercy ( przynajmniej wyglądali, jak śmierciożercy) uderzyli w lokomotywę, przez co wypadła z torów. Dlatego tak szarpnęła. Na szczęście maszyniście nic się nie stało. Nauczyciele wyszli na zewnątrz i tam rozpoczęła się dopiero poważna bitwa. Zaatakowali z zaskoczenia. Potem jeden z nich rzucił zaklęcie i wywołał Mroczny Znak, a zaraz potem już ich nie było. Teraz nauczyciele naprawiają pociąg.
   - Czy są jakieś ofiary śmiertelne?- zapytała rudowłosa dziewczyna.
   - Na szczęście, Karen, wśród nauczycieli nie, choć niektórzy zostali ranni, nie wiem jak z uczniami.- odparł profesor. -Musicie mi wybaczyć, muszę wytłumaczyć innym uczniom co się stało. Wróćcie do swojego przedziału i naprawcie go, dobrze?
   Szybko się oddalił. Patrzyliśmy za nim jeszcze chwile, zastanawiając się na jego słowami.
   - Może go posłuchajmy?- zaproponowała blondynka.
   Kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy w stronę wyjścia z wagonu. Szliśmy w milczeniu, światło w pociągu powróciło. Szybko pokonaliśmy drogę, na korytarzach było już spokojnie. Weszliśmy do naszego zrujnowanego, mokrego przedziału. Naprawiłam szybę, blondyn osuszył pomieszczenie. Kiedy już wykonałam swoje zadanie, dotarło do mnie, że wszystko mnie boli, szczególnie głowa. Byłam cała mokra, szata kleiła mi się do ciała, ale nie była zniszczona. Włosy oblepiły mi twarz. Machnęłam różdżką i po chwili byłam już sucha. Kolejny ruch i rany na rękach i ta z tyłu głowy zniknęły. Kocham magię. Palcami przeczesałam włosy i poprawiłam ubranie.  Przez głowę przelatywały mi miliony pytań, na które nie znałam odpowiedzi.
   - Jak myślicie, to naprawdę byli śmierciożercy?- zapytałam w końcu.
   Moi towarzysze (którzy także się wysuszyli)  wyglądali, jakby też się nad tym zastanawiali.
   - Kto inny odważyłby się zrobić coś takiego?- zapytała ruda. - Ale jeśli to naprawdę oni, to w jakim celu? Chcieli nas zastraszyć?
   Nikt nie odpowiedział. Blondyn nagle zmarszczył brwi.
   - Skąd oni się wzięli? - zastanowił się. - Przecież większość ze śmierciożerców Voldemorta albo nie żyje, albo jest w więzieniu. Jaki cudem udało im się wydostać? - spojrzał na każdego z nas po kolei.
   - Na pewno niektórzy są na wolności. - odparłam ponuro. - Ciekawe, co z tym zrobią? Mam nadzieje, że minister magii się tym zajmie.
   - Na pewno. - zapewniła mnie blondynka.
   Kiedy upłynęło pół godziny Ekspres Hogwart ruszył w dalszą drogę. Do końca podróży rozmawialiśmy o ataku.
   Dojechaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Mimo, że nie cieszyłam się z następnego roku w szkole, to kiedy zobaczyłam stare mury zamku, majaczące się na tle ciemnego nieba, zrobiło mi się ciepło na sercu. Hogwart był jednak moim drugim domem i poczułam to dopiero, gdy go zobaczyłam. Jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że po raz ostatni widzę go w takiej sytuacji.
   Uczniowie powoli zaczęli wysiadać. Miałam sprawdzić jeszcze ten wagon przed wyjściem, więc szybko zaczęłam szykować się do wyjścia. Z ręki wypadła mi książka, więc sięgnęłam po nią. Ktoś mnie jednak ubiegł. Kiedy się wyprostowałam zobaczyłam wysokiego blondyna. Uśmiechnął się do mnie i podał mi książkę. Odwzajemniłam uśmiech, kiedy ją odbierałam.
   - Ian Dailey - przedstawił się z amerykańskim akcentem.
   - Lydia Wells- wyciągnęłam do niego dłoń, którą lekko uścisnął. Spojrzał na moją odznakę przypiętą do piersi.
   - Prefekt naczelna? - uniósł brwi. - W takim razie będę musiał na ciebie uważać. Do zobaczenia.
   - Cześć. - po chwili zdałam sobie sprawę, że to przecież Ślizgon. Przypomniałam sobie, że się z nimi nie zadaję.
   Szybko sprawdziłam wagon i wysiadłam na peron jako ostatnia. Było na nim tłoczno, tłum porwał mnie w kierunku powozów. Pośród rozmów uczniów, usłyszałam głośnie  wołanie gajowego Hagrida.
   - Pirwszoroczni do mnie!
   Nagle zobaczyłam czarne sylwetki powozów. Wiedziałam już, że ciągnął je testrale, ale nigdy ich nie widziałam. Raczej nie chciałabym.
   Szukałam wolnego wozu, ale usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu.

Miss.Black
Zapraszam do czytania i komentowania! Chętnie poznam Wasze opinie!

niedziela, 29 września 2013

" Kiedy wszystko tak naprawdę się zaczyna..."



   Przed pójściem na lekcje zawsze przeglądałam się w lustrze. Od dziecka stało się to moim rytuałem. Widziałam, jak staje się coraz wyższa, aż zatrzymałam się na wzroście przeciętnym dla siedemnastolatki. Włosy nie zmieniały barwy, od zawsze były jasno brązowe, z przodu sięgające ramion, z tyłu aż do łopatek. Prawie nigdy ich nie spinałam, chociaż pod włosami, z lewej strony głowy, chowałam małego warkoczyka. Miałam jasną karnację. Mój mały nos zawsze zachował swoją zadziorność. Wstydziłam się swoich piegów, które, dzięki Bogu, były ledwo widoczne. I wreszcie trafiałam spojrzeniem na odbicie moich oczu. Przyglądam im się długo, chociaż nie zmieniały barwy. Tęczówki były idealnie brązowe, bez ani jednej plamki innego koloru.
   Nie malowałam się dużo. Zawsze potem ciążyły mi powieki, zresztą lubiłam kształt moich oczu. Ubierałam się, także jak typowa siedemnastolatka. Starałam się wyglądać modnie.
   Od sześciu lat uczyłam się w Hogwarcie. Nie miałam problemów z nauką, w sumie dobrze się uczyłam. Problem w tym, że przez te sześć lat nie mogłam się odnaleźć w żadnym towarzystwie. Zastanawiałam się czemu trafiłam do Gryffindoru, skoro nie jestem szczególnie odważna, bohaterska czy szlachetna. Nikt nie wzbudzał mojej sympatii, co niezmiernie mnie irytowało. Dodatkowo byłam nieśmiała i nie rozmawiałam z uczniami innych domów. Byłam kompletnie do bani.
   Nie byłam szczególnie podekscytowana następnym rokiem w szkole. Chciałam przez niego przejść, znaleźć prace i żyć zapewne jako stara panna.
   Wsiadłam do pociągu i zaczęłam przepychać się przez tłum rozgadanych uczniów. Większość znałam z widzenia, ale tylko z nielicznymi rozmawiałam. Większość przedziałów było już zajętych.  Znalazłam jeden, w którym siedziely tylko cztery osoby. Najwyraźniej się nie znali, bo siedzieli cicho i z dala od siebie. Otworzyłam drzwi i niepewnie weszłam do środka.
- Mogę?- zapytałam, wskazując na wolne miejsca.
   Chłopak najbliżej drzwi, z ciemniejszą karnacją, krótko przystrzyżonymi włosami, podniósł  na mnie wzrok i kiwnął głową bez słowa. Usiadłam obok niego, jednak niezbyt blisko. Rozejrzałam się.
   Po drugiej stronie siedziała chuda, piegowata dziewczyna. Płomienne włosy spięła w warkocz, który sięgał jej do pasa, miała grzywkę. Była blada, jasność jej skóry niezdrowo kontrastowała z kolorem jej włosów. Garbiła się, jakby chciała ukryć swój wzrost. Czytała jakąś książkę. Po mojej drugiej stronie siedziała ładna blondynka, której włosy układały się w schludne loki. Kiedy spojrzała na mnie, zauważyłam szare oczy. Była już przebrana w czarną szatę. Po kolorze krawatu stwierdziłam, że jest z Hufflepuffu.  Odwrócony do mnie bokiem siedział chłopak. Był blondynem, włosy z przodu głowy postawił do góry, miał jasną karnację, był szczupły. Wpatrywał się w mijany krajobraz. Miał spokojną twarz, nawet przystojną. Ale najwyraźniej nic go nie obchodziło. Wyglądało na to, że wszyscy są w tym samym wieku, co ja.
    Po głowie chodziło mi tylko jedno pytanie- Co ja tu robię? Miałam ochotę wysiąść z przedziału, ale się powstrzymałam.
    Wyciągnęłam książkę, którą zabrałam z domu i otworzyłam na pierwszej stronie. Kiedy przeczytałam już połowę, podjechała starsza pani z wózkiem ze słodyczami.
   - Coś z wózka, kochaneczki?- zapytała, miłym tonem. Wyszczerzyła się w bezzębnym uśmiechu.
   Nie miałam na nic ochoty, więc tylko grzecznie podziękowałam. Blondynka poszła kupić sobie paszteciki dyniowe, a ciemnoskóry chłopak masę słodyczy. Nie zwracałam na nich uwagi, ponieważ znowu zagłębiłam się w lekturze. Nie była szczególnie ciekawa, fabuła się ciągnęła, ale nie miałam nic innego do roboty.
   Zauważyłam jednak, że blondyn westchnął cicho i odwrócił się od okna. Połowę drogi przesiedział w jednej  pozycji!
   Musiał mnie wcześniej nie dostrzec, bo teraz dyskretnie mnie obserwował. Poczułam, że policzki mi się czerwienią. Schyliłam głowę, żeby zasłonić twarz włosami.
   Kiedy na dworze robiło się już ciemno i zaczął padać deszcz, poszłam przebrać się w czarną szatę. Potem weszłam do swojego peronu i sięgnęłam po książkę. Starałam się nikogo nie potrącić i nie zwracać na siebie uwagi. Została nam jeszcze jakaś godzina drogi.
   Już miałam usiąść, kiedy pociąg nagle szarpnął do przodu. Siła z jaką to zrobił, była tak wielka, że poleciałam do przodu na wolne siedzenie i uderzyłam głową w ścianę przedziału. Zgasło światło.
   Cała piątka wylądowała po jednej stronie. Ktoś wpijał mi łokieć pod żebro. Jęknęłam głośno, kiedy zdałam sobie sprawę z bólu głowy. Nie mogła się ruszyć, ktoś przygniatał mnie swoim ciałem. Słyszałam też ciche pojękiwania innych.
   - Co, do jasnej....?- usłyszałam stłumiony męski głos.
   Zaczęli się poruszać. Mimo, że sprawiło mi to straszny ból, udało mi się wyswobodzić rękę.  Dotknęłam tyłu głowy. Poczułam ciepłą ciecz. Zaklęłam pod nosem.
   - Gdzie moja różdżka?- mruknęłam.
   Nim zdołałam ja wyjąć, ktoś oświecił przedział zaklęciem. Mgliste światło z różdżki blondyna( okazał się wysoki) świeciło mi w twarz. Zmrużyłam oczy i zasłoniłam je dłonią.
   - Wybacz.- przeprosił mnie z ledwie słyszalnym amerykańskim akcentem i odsunął rękę.
   Pomógł mi usiąść prosto. Rozejrzałam się. Chłopcy stali na środku przedziału, dziewczyny siedziały. Zauważyłam, że nie tylko ja byłam zraniona. Wszyscy byliśmy poobijani, na naszych twarzach gościły grymasy bólu. Było zimno i mokro.
   - Skąd się wzięła woda?- zapytałam samą siebie.
   Spojrzałam w stronę okna. Szyba rozleciała się na miliony kawałków, które leżały na podłodze, stoliku, fotelach. Deszcz zalewał pomieszczenie.
   - Co? - spytał mnie blondyn, nie rozumiejąc.
   Wskazałam rozbite okno. Podeszłam do niego i wychyliłam głowę, nie zwracając uwagi na zimny deszcz, moczący mi ubranie i włosy. Kawałki szkła, które pozostały we framudze okna raniły mi dłonie. Zauważyłam, że reszta osób z przedziału także poszła w moje śladu. I nie tylko oni. Kilkoro uczniów  z innych przedziałów także wyglądało przez okna. Słyszałam, że na korytarzu zaczynają rozbrzmiewać podekscytowane i przestraszone głosy. Prawie nic nie widziałam przez deszcz, spływający mi strumieniami po twarzy. Jak przez mgłę usłyszałam nawoływania z zewnątrz pociągu. Nagle w dali, na przedzie, niebo rozjaśnił zielony strumień światła.
   - Czy to było...?- nie dokończyłam myśli, byłam zbyt wstrząśnięta.
   - Zaklęcie niewybaczalne!- dokończyła za mnie dziewczyna z blond lokami, równie przerażona jak ja.
   Dochodziły do nas odgłosy walki i co chwile granatowe niebo rozjaśniały kolorowe rozbłyski światła.
   - Co się dzieje? Co się dzieje? - powtarzałam w kółko. Nie czułam już zimna, byłam za bardzo przejęta.
   Odeszłam od okna i wyszłam na korytarz, oblegany przez uczniów, którzy głośno szeptali i obserwowali otoczenie przez szyby. Uchwyciłam kawałki rozmów, które doszły aż tutaj.
   - Zaatakowano pociąg....
   - Lokomotywa wyjechała z torów....
   - Mieliśmy dużą prędkość....
   - Kilka osób jest nieprzytomnych...
   - Wszystko dobrze obliczyli, akurat skręcaliśmy...
   - Może założono bombę...
   - O czym ty mówisz?...
   - Uczniowie są ranni, a nauczyciele walczą....
   - Serio? Słyszałem, że używają zaklęć niewybaczalnych...
   Tego było już dla mnie za wiele. Wróciłam do przedziału, gdzie moi towarzysze nadal wychylali się przez okno. Podeszłam do nich i zrobiłam to samo. Nic się nie zmieniło. Przekrzykując huk wiatru, deszczu i walki wykrzyczałam do nich informację, których się dowiedziałam. Ledwie skończyłam, niebo rozjaśnił potężny błysk. Z naszych gardeł wydobył się głośny, przerażony okrzyk. Widzieliśmy coś, co nie pojawiło się na niebie od piętnastu lat. Coś, czego nie widział nikt od czasu pokonania Voldemarta przez sławnego Harry' ego Pottera. Mroczny Znak. Coś czym posługiwali się najwięksi mordercy. To mogło znaczyć tylko jedno.
   - Śmierciożercy- szepnęłam, a oczy otworzyły mi się szeroko z przerażenia.


   Oto pierwszy rozdział. Plany się zmieniły i postanowiłam pisać opowiadanie o całkiem nowym pokoleniu Hogwartu. Nie  uprzedziłam, że będę pisać w pierwszej osobie, czasu przeszłego. Sporadycznie i pod koniec czas zmieni się na teraźniejszy, a narratorem będzie ktoś inny. 
   Zapraszam także na bloga Veni:  http://klubfantastyczny.blogspot.com/
Miss. Black.

niedziela, 8 września 2013

Wprowadzenie

Witajcie na moim blogu!
   Postanowiłam opublikować na nim opowiadanie, które będę dodawać w częściach, planuję około trzydziestu postów, ale to nie wszystko! Kiedy wpadnie mi do głowy jakiś pomysł warty Waszej uwagi, dodam go z pewnością. Pojawią się także miniaturki, pewnie dramione, musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką Harry' ego Pottera, stąd też moja nazwa.
   Na pewno będę dodawać linki do blogów, które mogą się Wam spodobać. Mam nadzieję, że będziecie komentować, byłoby mi bardzo miło. : )
   Jeszcze parę spraw organizacyjnych. Po pierwsze, będę się podpisywać Mrs. Black. Po drugie, posty będę dodawać okresowo i zapowiem Wam dokładną datę.
   Obiecuję, że się na mnie nie zawiedziecie.
   Pozdrawiam Was serdecznie!
Mrs. Black