Przez jedną krótką chwilę zaległo między mami milczenie. Ze strachem wpatrywaliśmy się w Mroczny Znak. Wiedziałam, że ktoś dzisiaj umarł, bo właśnie to symbolizowała czaszka z wyłaniającym się z niej wężem, ale bardziej bałam się tej strasznej prawdy- śmierciożercy nadal istnieją. To przecież niemożliwe! Mimo, że minęło piętnaście lat, niedobitki chcą powstać, mimo, że ich pan już dawno nie żyje... A jeśli, jakimś sposobem....?
Przeszedł mnie dreszcz. Odsunęłam się od okna, by nie widzieć Mrocznego Znaku. Nie wiedziałam czemu, ale z oczu płynęły mi łzy. Nikt, na szczęście, tego nie zauważył, bo twarz miałam całkiem mokrą.
Czarnoskóry chłopak podbiegł do drzwi i otworzył je szybkim szarpnięciem.
- Trzeba pomóc naszym!- zawołał do nas. - Chodźcie!
Wyszliśmy na korytarz i popędziliśmy w kierunku lokomotywy. Szybko wyciągnęłam różdżkę. Przeciskaliśmy się przez tłum uczniów. Niektórzy także zauważyli Mroczny Znak i przekazali informacje dalej. Niedługo potem słyszałam głośne jęki, krzyki strachu i wrzaski osób, które próbowały uspokoić resztę. Potrącałam ludzi, którzy kulili się szukając bezpiecznego schronienia. Poczułam do nich urazę. Powinni, tak jak ja i moi towarzysze z przedziału ruszyć na pomoc nauczycielom!
Biegłam dalej za rudą (niezwykle wysoką) dziewczyną z piegami. Widziałam tył jej głowy i plecy. Kilka razy potknęłam się o innych ludzi. Za piątym razem prawie upadłam na twarz. Złapałam się jednak ramienia blondynki z przedziału, która truchtała tuż za mną. Popatrzyła na mnie i kiwnęła głową. Podziękowałam pospiesznie i pobiegłam dalej. Było mi trudno zorientować się, co się dzieje.
Huk wiatru, stukot kropel o pociąg, krzyki uczniów zlały mi się w niezrozumiały wrzask, wypełniający mi uszy. Po chwili pomyślałam, że ogłuchłam, bo słyszałam tylko przyspieszone bicie własnego serca. Adrenalina płynęła mi w żyłach. Przez to wszystko myślałam, że ruszam się w zwolnionym tempie. Ciężko dyszałam, byłam zmęczona i obolała.
Strach zaglądał mi w oczy, co nie poprawiało mi w żaden sposób samopoczucia.
Zauważyłam, że jakaś ładna Ślizgonka zatrzymuje blondyna, który biegł na samym przedzie i obraca go ku sobie.
- Co robisz?!- usłyszałam, jak krzyczy.- Tam są śmierciożercy! Nie obchodzi ich, że jesteś ze Slytherinu czy nie! To śmiercożercy!
- I o to chodzi! - wykrzyknął w odpowiedzi, wyrywając się z jej uścisku. Popędził dalej, by dziewczyna nie mogła go dalej zatrzymywać.
Więc siedziałam w jednym przedziale ze Ślizgonem! Od zawsze Gryffoni i wychowankowie domu węża nie lubili się nawzajem. Ja także nie darzyłam ich szczególną miłością, ze względu na to, że byli wredni, mieli cięte języki i tak często wszystkim dokuczali. Kiedy zostałam mianowana prefektem dwa lata temu, starałam się zgłaszać nauczycielom wszystkie przewinienia, jakich byłam świadkiem. We wakacje dostałam list, że awansowałam na stanowisko prefekta naczelnego. Miałam zamiar karać Ślizgonów za każdym razem, kiedy zaczną stroić sobie żarty z innych uczniów. Wierzyłam, że są to potomkowie śmierciożerców i nie warto się z nimi zadawać. Teraz na własne oczy zobaczyłam, jak jeden z nich chce walczyć z tymi mordercami! Jednak zaczęłam patrzeć na niego bardziej podejrzliwie.
Kiedy przeszliśmy z jednego wagonu do drugiego zobaczyliśmy prawie puste korytarze. Miałam złe przeczucia. Nagle stanęłam jak wryta. W przedziałach, które właśnie mijaliśmy uczniowie naprawiali zniszczone okna i drzwi. Niektórzy suszyli ubrania, inni sprzątali swoje rzeczy, które wypadły na podłogę.
Zobaczyłam profesora Chrisa Mackijay'a, nauczyciela obrony przed czarną magią. Był mokry, brudny, szatę miał potarganą. Przez te wszystkie lata, kiedy mnie uczył zawsze widziałam u niego uśmiech. Lubiłam go, bo dobrze uczył i był przemiły. Teraz jednak uśmiech ulotnił się. Widać było, że ledwo trzyma się na nogach, garbił się. Westchnął ciężko, oparł się o ścianę pociągu i potarł twarz dłonią.
Blondyn podszedł do niego.
- Przepraszam.... - zaczął swobodnym tonem, a kiedy profesor podniósł głowę i uśmiechnął się lekko, kontynuował.- Wie pan gdzie możemy znaleźć niejakich śmierciożerców?
Nauczyciel wyprostował się. Był niezwykle wysoki i chudy.
- Przykro mi, nie mam pojęcia- powiedział, na co popatrzyliśmy na niego ze zdziwieniem. - Około piętnastu minut temu ulotnili się....
- Ale co się właściwie stało?- zapytałam. Mackijay spojrzał na mnie i szerzej się uśmiechnął.
- Moja ulubiona uczennica! - zawołał. - Jak minęły wakacje?
- Bardzo dobrze, dziękuję.- odparłam pospiesznie. - Więc co się stało?- powtórzyłam, starając się by to zabrzmiało grzecznie.
- A tak....- profesor sposępniał, zbiliśmy się w ciasny okrąg wokół niego. - Zaatakowano pociąg. Śmierciożercy ( przynajmniej wyglądali, jak śmierciożercy) uderzyli w lokomotywę, przez co wypadła z torów. Dlatego tak szarpnęła. Na szczęście maszyniście nic się nie stało. Nauczyciele wyszli na zewnątrz i tam rozpoczęła się dopiero poważna bitwa. Zaatakowali z zaskoczenia. Potem jeden z nich rzucił zaklęcie i wywołał Mroczny Znak, a zaraz potem już ich nie było. Teraz nauczyciele naprawiają pociąg.
- Czy są jakieś ofiary śmiertelne?- zapytała rudowłosa dziewczyna.
- Na szczęście, Karen, wśród nauczycieli nie, choć niektórzy zostali ranni, nie wiem jak z uczniami.- odparł profesor. -Musicie mi wybaczyć, muszę wytłumaczyć innym uczniom co się stało. Wróćcie do swojego przedziału i naprawcie go, dobrze?
Szybko się oddalił. Patrzyliśmy za nim jeszcze chwile, zastanawiając się na jego słowami.
- Może go posłuchajmy?- zaproponowała blondynka.
Kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy w stronę wyjścia z wagonu. Szliśmy w milczeniu, światło w pociągu powróciło. Szybko pokonaliśmy drogę, na korytarzach było już spokojnie. Weszliśmy do naszego zrujnowanego, mokrego przedziału. Naprawiłam szybę, blondyn osuszył pomieszczenie. Kiedy już wykonałam swoje zadanie, dotarło do mnie, że wszystko mnie boli, szczególnie głowa. Byłam cała mokra, szata kleiła mi się do ciała, ale nie była zniszczona. Włosy oblepiły mi twarz. Machnęłam różdżką i po chwili byłam już sucha. Kolejny ruch i rany na rękach i ta z tyłu głowy zniknęły. Kocham magię. Palcami przeczesałam włosy i poprawiłam ubranie. Przez głowę przelatywały mi miliony pytań, na które nie znałam odpowiedzi.
- Jak myślicie, to naprawdę byli śmierciożercy?- zapytałam w końcu.
Moi towarzysze (którzy także się wysuszyli) wyglądali, jakby też się nad tym zastanawiali.
- Kto inny odważyłby się zrobić coś takiego?- zapytała ruda. - Ale jeśli to naprawdę oni, to w jakim celu? Chcieli nas zastraszyć?
Nikt nie odpowiedział. Blondyn nagle zmarszczył brwi.
- Skąd oni się wzięli? - zastanowił się. - Przecież większość ze śmierciożerców Voldemorta albo nie żyje, albo jest w więzieniu. Jaki cudem udało im się wydostać? - spojrzał na każdego z nas po kolei.
- Na pewno niektórzy są na wolności. - odparłam ponuro. - Ciekawe, co z tym zrobią? Mam nadzieje, że minister magii się tym zajmie.
- Na pewno. - zapewniła mnie blondynka.
Kiedy upłynęło pół godziny Ekspres Hogwart ruszył w dalszą drogę. Do końca podróży rozmawialiśmy o ataku.
Dojechaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Mimo, że nie cieszyłam się z następnego roku w szkole, to kiedy zobaczyłam stare mury zamku, majaczące się na tle ciemnego nieba, zrobiło mi się ciepło na sercu. Hogwart był jednak moim drugim domem i poczułam to dopiero, gdy go zobaczyłam. Jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że po raz ostatni widzę go w takiej sytuacji.
Uczniowie powoli zaczęli wysiadać. Miałam sprawdzić jeszcze ten wagon przed wyjściem, więc szybko zaczęłam szykować się do wyjścia. Z ręki wypadła mi książka, więc sięgnęłam po nią. Ktoś mnie jednak ubiegł. Kiedy się wyprostowałam zobaczyłam wysokiego blondyna. Uśmiechnął się do mnie i podał mi książkę. Odwzajemniłam uśmiech, kiedy ją odbierałam.
- Ian Dailey - przedstawił się z amerykańskim akcentem.
- Lydia Wells- wyciągnęłam do niego dłoń, którą lekko uścisnął. Spojrzał na moją odznakę przypiętą do piersi.
- Prefekt naczelna? - uniósł brwi. - W takim razie będę musiał na ciebie uważać. Do zobaczenia.
- Cześć. - po chwili zdałam sobie sprawę, że to przecież Ślizgon. Przypomniałam sobie, że się z nimi nie zadaję.
Szybko sprawdziłam wagon i wysiadłam na peron jako ostatnia. Było na nim tłoczno, tłum porwał mnie w kierunku powozów. Pośród rozmów uczniów, usłyszałam głośnie wołanie gajowego Hagrida.
- Pirwszoroczni do mnie!
Nagle zobaczyłam czarne sylwetki powozów. Wiedziałam już, że ciągnął je testrale, ale nigdy ich nie widziałam. Raczej nie chciałabym.
Szukałam wolnego wozu, ale usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu.
Miss.Black
Zapraszam do czytania i komentowania! Chętnie poznam Wasze opinie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz