Translate

niedziela, 13 października 2013

" Kiedy zaczynasz od nowa..."

   Po piętnastu minutach byłam już w wierzy Gryffindora. Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia gdzie dokładnie znajduje się moje dormitorium. Rozglądnęłam się, jakby na ścianach mogłabym znaleźć jakieś wskazówki. 
   Byłam zła na siebie. Nie mogłam winić profesora Longbottona, wszyscy wiedzieli, że często o czymś zapomina. Powinna byłam się zapytać, a przez podekscytowanie wyleciałam z jego gabinetu, jakby ktoś mnie gonił. Wiedziałam, że powinnam wrócić i dopytać nauczyciela, ale trwałam w miejscu. Wstydziłam się, wyobraziłam sobie, co by profesor o mnie pomyślał. Zapewne nie spodobałoby się mu roztargnienie już pierwszego dnia.
   Byłam zmęczona, obolała i przede wszystkim śpiąca. Powieki same mi ciążyły, stałam niepewnie na nogach. Chciałam szybko wrócić do gabinetu profesora, ale moja duma nie pozwalała mi się ruszyć. Sprzeczne emocje biły się w mojej głowie.
   - Dobrze się czujesz? - usłyszałam, jak przez mgłę.  Nie potrafiłam skupić myśli, więc potrząsnęłam gwałtownie głową. - Nie? Wezwać kogoś?
   Zamrugałam powiekami. Powoli zdałam sobie sprawę, że ktoś do mnie mówi.
   - Słucham? - spytałam, zdezorientowana. Wokół mnie nie było ani jednej osoby, nawet ducha.
   - Wezwać pomoc? - powtórzył zachrypnięty głos, wtedy mój wzrok padł na obraz, obok którego stałam.
   Przedstawiał niskiego staruszka, siedzącego na fotelu. Ubrany był w powłóczyste szaty z czerwonego jedwabiu.  Dłonie trzęsły mu się, twarz miał niezwykle chudą, dziwnie żółtą,  Na głowie nie został mu ani jeden włos, na małym nosie miał grube okulary. Mimo, że wyglądał jakby właśnie skończył sto lat, patrzył na mnie czujnie, z błyszczącymi, żywymi oczami, z zatroskaniem, powagą. Lustrował mnie spojrzeniem od góry do dołu.
   - Nie, dziękuję- zaprzeczyłam. - Dlaczego pan pyta?
   - Jesteś blada jak płótno- wyciągnął drżący, chudy palec w moją stronę.
   - Nic mi nie jest, jestem tylko zmęczona. - odparłam szybko.
   - Ach, no tak, mieliście trudną podróż, ten atak....- mamrotał. Ze zdziwieniem zmarszczyłam brwi.
   - Skąd pan wie, że pociąg został zaatakowany?
   W odpowiedzi mężczyzna uśmiechnął się szeroko. O dziwo miał wszystkie zęby!
   - Dziecko- zaczął, a w jego oczach zatańczyły pobłażliwe iskierki. - Jesteśmy w Hogwarcie. Tu wszystko rozchodzi się w ekstremalnym tempie.
   Zaczerwieniłam się. Jak mogłam zapomnieć? Jestem w Hogwarcie! Mężczyzna chwile mi się przypatrywał.
   - Odnoszę wrażenie, że czegoś szukasz. - stwierdził, prostując, wcześniej zgarbione ramiona, które okazały się być dość szerokie. Wydał się przy tym mniej kruchy i bardziej niebezpieczny. Poruszył się w fotelu, a wśród fałd materiału błysnęła stal.
   Pokiwałam niepewnie głową. Głowa zaczęła mnie boleć. Po chwili czułam, jakby zaraz czaszka miała mi pęknąć.
   - Mogę wiedzieć czego? - zapytał grzecznie, jednak nadal jego oczy były czujne, jakby obawiał się podstępu.
   - Szukam dormitorium prefekta naczelnego. - odpowiedziałam. - Profesor Longbotton powiedział, że to w wierzy Gryffindora.
   Mężczyzna spojrzał na moją odznakę i taktownie uniósł brwi, jakby dopiero teraz ją zauważył.
   - Prefekt naczelna? Gryffonka? Masz na imię Lydia Wells? - moje imię w jego ustach zabrzmiało dość śmiesznie, a wszystko przez jego zachrypnięte gardło. Potwierdziłam skinieniem głowy. - Jestem Remigiusz de Chonore.
   - Miło mi cię poznać. - powiedziałam, chociaż skupiałam się bardziej na bólu głowy.
   - Nawzajem.- kiwnął głową. - Szukasz swojego dormitorium? Jeśli chcesz mogę cię zaprowadzić.
   - Dziękuję.- odparłam, niezbyt przytomnie.
   Mężczyzna wstał z kocią gracją i zwinnością, przeciągnął się. Mimo wyglądu i wieku, a nawet drżących dłoni zdawał się być wciąż silny i szybki. Dziwny starzec.
   - Jak dobrze rozprostować nogi- mruknął do siebie. Podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się. - Idziemy?
   Przeskakiwał z jednego obrazu na drugi,  nie okazując nawet odrobiny słabości. Przeszliśmy obok Grubej Damy, minęliśmy dwa zakręty, aż w końcu kazał mi się zatrzymać, przed nagą ścianą. Remigiusz ukłonił się dwornie i  wskazał na pustą przestrzeń między obrazami.
   - Proszę bardzo, młoda panienko. - powiedział.
   Nie wiedziałam, jak mi się to udało, ale dygnęłam przed nim, niczym prawdziwa dama ze średniowiecza.
   - Dziękuję, panie de Chonore. - starałam się, by głos mi nie zadrżał. Nie chciałam okazywać słabości.
   Mężczyzna jeszcze raz ukłonił się i zaczął się oddalać. Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się do ściany.
   - Zmieniacz czasu - powiedziałam słabo.
   W ścianie nagle pojawiły się drzwi bez klamki. Pchnęłam je, a one od razu się rozchyliły. Czułam, że zaraz zemdleję. Weszłam zataczając się do krótkiego korytarza. Udało mi się zauważyć mój kufer na końcu przejścia. Dotarłam do niego i niezgrabnie otworzyłam. Grzebałam w nim przez przeszło dziesięć minut, z każdą minutą czułam się gorzej. W końcu znalazłam mocny eliksir na ból głowy. Drżącymi rękami nalałam sobie do szklanki kilka kropel i wypiłam popijając wodą. Wstałam z klęczek, nieco za szybko, przez co zakręciło mi się w głowie.

   Nie byłam pewna, co potem zrobiłam. Obudziłam się nagle. Wstałam i patrzyłam się tępo w swoje buty. Pamięć powoli wróciła. Głowa już mnie nie bolała, ale miałam strasznie sucho w ustach. Rozejrzałam się. Szczęka  mi opadła, a oczy otworzyły szeroko z oszołomienia.
   Siedziałam na czerwonej, skórzanej, trzyosobowej kanapie. Musiałam na niej spać. Po obu jej stronach ustawiono dwa fotelach. Naprzeciwko stał niewielki hebanowy stolik w kształcie prostokąta, położony pomiędzy fotelami, a kanapą, na dużym i grubym dywanie. Przede mną ogień dogasał w dużym kominku z pięknymi rzeźbieniami. Oprócz tego wszystkiego, w pokoju znajdowały się także hebanowa biblioteczka i niewielki barek. Pokój był przestronny, ściany miał pomalowane na jasny kolor. Po chwili zdałam sobie sprawę, że na suficie wymalowany jest herb Gryffinoru. Kiedy przyjrzałam się bliżej zauważyłam go również na stoliku, kominku i nad wejściem na zaciemniony korytarz. Koło tego ostatniego, nadal leżały moje rozrzucone rzeczy, szklanka i eliksir.
   Zobaczyłam dwoje drzwi naprzeciwko portalu. Najpierw weszłam przez te po lewej. Za nimi znajdowała się niewielka łazienka. Następnie weszłam do drugiego pokoju. Wyglądał dokładnie tak samo, jak mój pokój w dormitorium Gryffindoru, które zajmowałam przez sześć lat- łóżko z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały ciemnoczerwone aksamitne zasłony, dwie małe szafki po obu stronach łóżka, duża szafa i biurko. Uśmiechnęłam się do siebie. Jednak uśmiech zaraz zszedł mi z twarzy, bo spojrzałam na zegar, powieszony na ścianie. Była dopiero piąta rano, a ja już na dobre się przebudziłam! Spojrzałam na swój strój, potem na okno, skąd rozciągał się widok na błonia i jeszcze raz na zegar. Westchnęłam i powlekłam się do łazienki. Po kilkudziesięciu minutach byłam już umyta, uczesana i  przebrana. Rozpakowałam kufer i poukładałam wszystko na swoje miejsca. O siódmej moje dormitorium było w pełni zagospodarowane. Dwadzieścia po schodziłam już schodami w kierunku Wielkiej Sali.
   Kiedy weszłam do niej większość miejsc była już zajęta. Znalazłam miejsce koło Mandy i opowiedziałam jej o swoim dormitorium.
   - Ty to masz szczęście- powiedziała z zazdrością, ale uśmiechnęła się. - Pokażesz mi je potem, prawda?
   Kiwnęłam głową, nakładając sobie przy tym jajecznicę. Usłyszałam znajomy szum skrzydeł. Spojrzałam do góry. Nad głowami uczniów latały sowy najróżniejszych ras i upierzenia. W moją stronę leciała płomykówka. Zgrabnie wylądowała mi na ramieniu i rzuciła na kolana Proroka Codziennego. Do wyciągniętej nóżki włożyłam pieniądze, a po chwili sowa zniknęła w tłumie wylatujących ptaków.
   Po śniadaniu przepchałam się do profesora Longbottona, który rozdawał plany lekcji.
   - Siódma klasa, proszę panno Wells- podał mi niewielki pergamin.
   Ledwie rzuciłam na niego okiem.
   - Mam coś jeszcze zrobić przed lekcjami? - zapytałam, na co zmarszczył brwi.
   - Nie, raczej nie- odpowiedział w końcu. - Na razie tylko pilnować porządku w czasie przerw.
   Kiwnęłam głową i oddaliłam się. Ściskając plan lekcji i gazetę ruszyłam z powrotem do wierzy Gryffindora. Tuż przed wejściem zerknęłam na pierwszą stronę w gazecie i aż krzyknęłam z szoku.
   Nagłówek głosił: Atak na Ekspres Hogwart, jedna ofiara śmiertelna!.
   - Ofiara śmiertelna? - mruknęłam oszołomiona.- Profesor mówił, że nie było żadnych ofiar...Czemu mnie  okłamał?
   Wpatrywałam się w nagłówek, ale za nic nie mogłam zmusić się by przeczytać dalszy ciąg tekstu. Ale z ciebie tchórz!  skarciłam siebie w duchu. Boisz się nawet przeczytać artykuł! Tchórz, tchórz, tchórz...!
   Nagle wpadłam na kogoś. Oderwałam wzrok od gazety.
   - Przepraszam- powiedziałam szybko.
   Stanęłam przed ukrytym przejściem do mojego dormitorium. Osoba, na którą wpadłam okazała się wysokim, czarnowłosym Krukonem, szerokim w ramionach, z lekko zakrzywionym nosem, jakby złamanym.
   - Uważaj, jak chodzisz. - upomniał mnie.
   Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Odetchnęłam głęboko. Chłopak stał akurat przed przejściem do mojego pokoju. Skrzyżowałam ręce na piersi.
   - Mógłbyś się przesunąć?- zapytałam. - Chciałabym przejść.
   Chłopak spojrzał na mnie, potem na ścianę, aż wreszcie na moją odznakę. Na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
   - Jesteś prefektem naczelnym? - zapytał podejrzliwie.
   - Tak, jestem prefektem naczelnym- potwierdziłam. Zaczynało mnie denerwować jego zachowanie. - A teraz posuń się, jeśli łaska. - spróbowałam go ominąć.
   - Czekaj!- znowu zagrodził mi drogę. - ja też jestem prefektem naczelnym! - wypiął dumnie pierś.
   - Przecież wiem! - odpowiedziałam kpiąco. Już wcześniej zauważyłam jego odznakę. - Gdybyś nie był, od razu odjęłabym ci punkty za bezczelność.
   Chłopak wyraźnie się zmieszał. I dobrze. pomyślałam. Wtedy doszło do mnie, że jeszcze nigdy nie byłam aż tak śmiała, by komuś odpowiedzieć w ten sposób.
   Ponowiłam  próbę ominięcia go, ale znowu mi się nie udało.
   - Zacznijmy od nowa, dobrze?- zapytał, po czym wyciągną do mnie rękę. - Terry Tarrer. - zawahałam się, ale w końcu ścisnęłam mu dłoń.
   - Lydia- przedstawiłam się, chociaż nadal mu nie ufałam.

Miss. Black

sobota, 5 października 2013

"Kiedy znów jesteś w domu..."

   Odwróciłam się i stanęłam na palcach, by lepiej widzieć. Rozglądałam się na boki, ale nie mogłam znaleźć osoby, która mnie wołała. Byłam potrącana, szturchana, ale starałam się na to nie zwracać uwagi. W końcu zrezygnowałam z dalszych prób i obróciłam się pięcie.
   - Buu!- usłyszałam i aż podskoczyłam.
   Przede mną stała moja znajoma, Mandy Kierman, chyba najbardziej bliska mi osoba z Gryffindoru, jak i ze szkoły. Nie byłyśmy jeszcze przyjaciółkami, wystarczało mam, że się kolegujemy. Była w siódmej klasie, niska, okrągła na twarzy, miała krótkie ciemne włosy, brązowe oczy, mały, lekko zakrzywiony nos.
   Głośno śmiała się z mojej reakcji. Przewróciłam oczami i westchnęłam.
   -  Cześć Mandy.- mruknęłam. - Znajdziemy sobie powóz?
   - Jasne- wykrztusiła i otarła łzę z kącika oka.
   Podążyłyśmy za tłumem, który wyraźnie się przerzedził. Znalazłyśmy wreszcie wolny wóz i weszłyśmy do niego. Kiedy powozy ruszyły zapadła między nami niezręczna cisza. Często się to zdarzało, kiedy byłyśmy razem. Nie wiedziałam, o czym mam z nią rozmawiać. Nie umiałam zacząć rozmowy i często to ona mnie zaczepiała. Obie nie miałyśmy bliższych przyjaciół, dlatego zadawałyśmy się ze sobą. Ja nie umiałam zawiązać przyjaźni, a Mandy nikogo nie obchodziła.
   Cisza coraz bardziej ciążyła w powietrzu. Wyjrzałam przez okno, patrzyłam na mijany krajobraz. Nie widziałam już zamku, ale wiedziałam, że za chwile wyłoni się za drzew. I rzeczywiście! Nagle las się urwał, a przede mną malowała się kręta droga. Wychyliłam się jeszcze bardziej i ujrzałam stare mury wznoszące się na wzgórzu i majestatyczne wierze, cień okrywał błonia, ciemna spokojna tafla jeziora odbijała światło księżyca. W dali zauważyłam światła- zapewne pierwszoroczniacy płynęli jeszcze w stronę zamku. W tyle widziałam sześć bramek- stadion Quidditcha. Zamglony las rozsiewał wokół siebie złowrogi urok, od którego aż się wzdrygnęłam. W chatce Hagrida nie paliły się światła, ale widziałam niewyraźną strużkę dymu, unoszącego się z komina. Westchnęłam z zachwytu. Spojrzałam na granatowe niebo, po którym gnało kilka niewielkich chmurek. Co chwilę znikał za nimi sierp księżyca, by następnie pojawić się znowu i oświetlić moją twarz. Wystawiłam głowę na lekki, zimny wiatr, kujący mi policzki. Przymknęłam powieki i wsłuchałam się w odgłosy nocy. Oprócz skrzypienia powozów, słyszałam też zwykłe dźwięki, do których przywykłam podczas niezliczonych nocy w Hogwarcie. Wiatr niósł ze sobą pohukiwanie sowy, szelest trawy i liści. Nagle ciemność rozdarł wyraźne, przeciągłe wycie wilka, od którego zadrżałam. Otworzyłam oczy i jeszcze raz rozejrzałam się, zapamiętując każdy detal. Cofnęłam się i usiadłam prosto.
   - Jestem w domu...- mruknęłam z zadowoleniem.

   Kiedy nasz pojazd zatrzymał się, szybko z niego wyskoczyłam. Przez chwilę oślepiło mnie światło buchające za drzwi. Zaczęło kropić, niebo przysłoniły chmury. Uczniowie przepychali się, by jak najszybciej wejść do zamku. Podjechał następny pojazd więc ruszyłam przed siebie. Oglądnęłam się jeszcze, by zobaczyć kto z niego wychodzi. Najpierw wyskoczyli dwaj chłopcy, Ślizgoni, potem Ślizgonka, którą widziałam w pociągu i wysoki blondyn. Rozpoznałam w nim Iana. Ten ostatni ujął dłoń dziewczyny i razem poszli w moim kierunku. Zaczęłam przepychać się przez tłum, byle dalej od Ślizgonów. Wraz z powrotem do szkoły, odżyła we mnie nienawiść do nich i chęć rywalizacji, której zabrakło mi w pociągu.
   Przeszłam przez próg, do sali wejściowej oświetlonej świecami. Duchy szybowały w powietrzy nad głowami uczniów. Postacie z obrazów, przyglądały się tłumowi z różnymi minami- wyższością, szacunkiem, niezadowoleniem, życzliwością. Niektóre pozwoliły sobie na dystyngowane ukłony, inne na niezbyt miłe prychnięcia. Zauważyłam Irytka, obrzucającego kredą tłum. Ominęłam go szerokim łukiem i przepchałam się do Wielkiej Sali. Uśmiechnęłam się na widok czterech, długich stołów, wysokich gotyckich okien, stołu nauczycielskiego, Tiary Przydziału ustawionej na stołku na schodkach. Sale oświetlały miliony świec, sufit wyglądał jak niebo za oknami. Nic się nie zmieniło, wszyscy wyglądali tak, jakby to co się stało w czasie podróży, było tylko złym snem. Sama zaczynałam tak myśleć.
   Wraz z Mandy usiadłyśmy przy stole Gryffindoru. Dziewczyna dopiero teraz zauważyła odznakę przypiętą do mojej piersi. Przechyliła głowę na bok.
   - Prefekt naczelna?- zapytała z niedowierzaniem. - Będziesz miała własne dormitorium?
   - Nie mam pojęcia. - odparłam. W duchu na to liczyłam, chciałam odgrodzić się od tych wszystkich osób, które mnie irytowały. - Wiem na razie, że mam władze zwierzchnią nad innymi prefektami, mam sprawdzać wagony w pociągu, kiedy docieramy na miejsce i jeszcze od czasu do czasu sprawdzać korytarze w nocy. Mogę jeszcze odejmować punkty i je dodawać. - uśmiechnęłam się na samą myśl.
   - Przynajmniej nie musiałaś chodzić po wagonach w czasie podróży, tak jak w tamtym roku.
   Kiedy pierwszoroczniacy dotarli na miejsce, Hagrid zawiadomił o tym dyrektorkę, profesor Minervę McGonagall.  Rozpoczęła się ceremonia Przydziału. Przypomniała mi się pierwsza podróż pociągiem. Byłam wtedy tak zafascynowana, że nie odrywałam nosa od szyby. Potem płynęłam przez jezioro i pierwszy raz zobaczyłam wielką kałamarnice. Oniemiałam na widok zamku i Wielkiej Sali. Byłam podenerwowana, kiedy nauczyciel wywołał moje nazwisko. Podeszłam o trzęsących się nogach do stołka. Ledwie Tiara dotknęła czubka mojej głowy, już przydzieliła mnie do Gryffindoru. Mój tata był w Ravenclawie, a mama była mugolem. Mieszkaliśmy w normalnym (jak na standardy mugoli) domu w Eton, jednak tata dużo mi opowiadał o Hogwarcie. Mama zmusiła ojca, żebym chodziła do mugolskiej szkoły do ukończenia jedenastu lat. Byłam inna, więc nie mogłam odnaleźć się w żadnym towarzystwie, jak też zostało, nawet kiedy uczęszczałam już do Hogwartu.
   Profesor McGonagall wygłosiła krótka mowę na przywitanie, nie wspomniała jednak o tym co stało się w drodze do szkoły. Utwierdzałam się w myśli, że to nigdy się nie wydarzyło, że musiałam przysnąć. Potem zaczęła się uczta. Zdałam sobie sprawę, że jestem okropnie głodna. Nałożyłam sobie wszystkiego, co było najbliżej mnie i zaczęłam jeść. Wokół rozbrzmiewały radosne rozmowy i śmiechy uczniów. Byłam już prawie pełna, kiedy pojawiły się desery. Westchnęłam ciężko i nałożyłam sobie duży kawałek szarlotki- mojego ulubionego ciasta. Nalałam do kieliszka gorącą czekoladę.
   Odłożyłam widelec, kiedy pomyślałam, że pęknę z przejedzenia. Większość uczniów też skończyła jeść i rozmawiali ze swoimi sąsiadami. W pewnym momencie dania zniknęły, pozostały tylko lśniące naczynia.
   Ze swojego miejsca u szczytu stołu powstała pani dyrektor, rozmowy natychmiast  ucichły.
   - Drodzy uczniowie- zaczęła z poważną miną.- Przypominam, że zakaz wstępu do Zakazanego Lasy nadal obowiązuje. Proszę nie używać zaklęć podczas przerw. Cisza nocna obowiązuje wszystkich od godziny dwudziestej drugiej. Uczniowie młodszych klas muszą wracać do pokojów wspólnych po kolacji, piąto- i szóstoklasiści do dwudziestej pierwszej, a siódmoklasiści do dwudziestej drugiej. Jutro zostaną rozdane plany zajęć...Prefektów naczelnych proszę o zgłoszenie się do opiekunów swoich domów w ich gabinetach. Teraz proszę o rozejście się w spokoju do swoich dormitorium. Dobranoc.
   Uczniowie zaczęli się rozchodzić. Także wstałam, by sprawdzić czy nowi prefekci nie mają żadnych kłopotów, ale nie ruszyłam się z miejsca. Kiedy w sali została ledwie garstka uczniów, skierowałam się na trzecie piętro, gdzie znajdował się gabinet opiekuna Gryffindoru. Był powszechnie lubiany, nie tylko wśród Gryffonów.
   Kiedy stanęłam przed drzwiami, zapukałam cicho do drzwi.
   - Proszę.- usłyszałam dobrze mi znany głos.
   Weszłam i zamknęłam za sobą drzwi.
   - Dobry wieczór, profesorze Longbotton.
   Nauczyciel zielarstwa siedział przed biurkiem i coś notował. Zerknął na mnie i skinął głową.
   - Usiądź.- polecił, miłym tonem, a ja wykonałam polecenie.- Cieszę się, że na prefekta naczelnego wybrano właśnie ciebie.... Zapoznałaś się już z twoimi zadaniami, prawda?- potaknęłam. - Dobrze. Czasem może odbyć się zebranie, na które musisz się zjawić. Możesz wychodzić do Hogsmeade, ale musisz mieć ważny powód i twoim obowiązkiem jest, żebyś powiedziała o tym nauczycielowi....A właśnie! Gabinet dyrektorki znajduje się, jak wiesz, na drugim piętrze i hasłem jest " Piertotum Locomotor" - przerwał i uśmiechnął się, jakby przypomniał sobie niezwykle zabawną historię. - Masz jakieś pytania?
   - Kto jest drugim prefektem naczelnym? - zapytałam po zastanowieniu. Nauczyciel przełożył kilka kartek.
   - O, mam! Terry Tarrer. Krukon. Miły chłopak. Nie poznałaś go jeszcze? - zapytał. Słyszałam o nim, kilka razy mijałam na korytarzu, ale nie rozmawiałam z nim. Pokręciłam głową. -W takim razie, za niedługo po poznasz. Musicie uzgodnić ze sobą godziny sprawdzania korytarzy. Jeszcze coś?
   Pokręciłam głową. Wstałam i skierowałam się do drzwi. Nagle coś sobie przypomniałam.
   - Proszę pana, jakie jest hasło do wierzy Gryffindora? - zapytałam, przez co zmarszczył brwi i spojrzał do notatek.
   - "Sapientiae humanae".- odpowiedział po chwili. Pożegnałam się. Już miałam wyjść, kiedy krzyknął za mną. - Byłbym zapomniał! Prefekci mają własne dormitoria. Twoje znajduje się niedaleko wierzy Gryffindora. - narysował coś na kartce i mi podał. Była to prosta mapka. - Hasło brzmi " Zmieniacz czasu", ale możesz je zmienić, jeśli ci nie pasuje.  Tylko uprzedź mnie o tym. Tobie także mogą być odbierane punkty.- zażartował.
   - Dobrze...Dziękuję. Dobranoc.- wyszłam z gabinetu i popędziłam na złamanie karku w kierunku mojego własnego dormitorium.

Jak wygląda dormitorium Lydii? Jak będzie wyglądał pierwszy dzień w szkole? Przekonacie się w następnym rozdziale! W ten piątek!
Miss. Black.