Po piętnastu minutach byłam już w wierzy Gryffindora. Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia gdzie dokładnie znajduje się moje dormitorium. Rozglądnęłam się, jakby na ścianach mogłabym znaleźć jakieś wskazówki.
Byłam zła na siebie. Nie mogłam winić profesora Longbottona, wszyscy wiedzieli, że często o czymś zapomina. Powinna byłam się zapytać, a przez podekscytowanie wyleciałam z jego gabinetu, jakby ktoś mnie gonił. Wiedziałam, że powinnam wrócić i dopytać nauczyciela, ale trwałam w miejscu. Wstydziłam się, wyobraziłam sobie, co by profesor o mnie pomyślał. Zapewne nie spodobałoby się mu roztargnienie już pierwszego dnia.
Byłam zmęczona, obolała i przede wszystkim śpiąca. Powieki same mi ciążyły, stałam niepewnie na nogach. Chciałam szybko wrócić do gabinetu profesora, ale moja duma nie pozwalała mi się ruszyć. Sprzeczne emocje biły się w mojej głowie.
- Dobrze się czujesz? - usłyszałam, jak przez mgłę. Nie potrafiłam skupić myśli, więc potrząsnęłam gwałtownie głową. - Nie? Wezwać kogoś?
Zamrugałam powiekami. Powoli zdałam sobie sprawę, że ktoś do mnie mówi.
- Słucham? - spytałam, zdezorientowana. Wokół mnie nie było ani jednej osoby, nawet ducha.
- Wezwać pomoc? - powtórzył zachrypnięty głos, wtedy mój wzrok padł na obraz, obok którego stałam.
Przedstawiał niskiego staruszka, siedzącego na fotelu. Ubrany był w powłóczyste szaty z czerwonego jedwabiu. Dłonie trzęsły mu się, twarz miał niezwykle chudą, dziwnie żółtą, Na głowie nie został mu ani jeden włos, na małym nosie miał grube okulary. Mimo, że wyglądał jakby właśnie skończył sto lat, patrzył na mnie czujnie, z błyszczącymi, żywymi oczami, z zatroskaniem, powagą. Lustrował mnie spojrzeniem od góry do dołu.
- Nie, dziękuję- zaprzeczyłam. - Dlaczego pan pyta?
- Jesteś blada jak płótno- wyciągnął drżący, chudy palec w moją stronę.
- Nic mi nie jest, jestem tylko zmęczona. - odparłam szybko.
- Ach, no tak, mieliście trudną podróż, ten atak....- mamrotał. Ze zdziwieniem zmarszczyłam brwi.
- Skąd pan wie, że pociąg został zaatakowany?
W odpowiedzi mężczyzna uśmiechnął się szeroko. O dziwo miał wszystkie zęby!
- Dziecko- zaczął, a w jego oczach zatańczyły pobłażliwe iskierki. - Jesteśmy w Hogwarcie. Tu wszystko rozchodzi się w ekstremalnym tempie.
Zaczerwieniłam się. Jak mogłam zapomnieć? Jestem w Hogwarcie! Mężczyzna chwile mi się przypatrywał.
- Odnoszę wrażenie, że czegoś szukasz. - stwierdził, prostując, wcześniej zgarbione ramiona, które okazały się być dość szerokie. Wydał się przy tym mniej kruchy i bardziej niebezpieczny. Poruszył się w fotelu, a wśród fałd materiału błysnęła stal.
Pokiwałam niepewnie głową. Głowa zaczęła mnie boleć. Po chwili czułam, jakby zaraz czaszka miała mi pęknąć.
- Mogę wiedzieć czego? - zapytał grzecznie, jednak nadal jego oczy były czujne, jakby obawiał się podstępu.
- Szukam dormitorium prefekta naczelnego. - odpowiedziałam. - Profesor Longbotton powiedział, że to w wierzy Gryffindora.
Mężczyzna spojrzał na moją odznakę i taktownie uniósł brwi, jakby dopiero teraz ją zauważył.
- Prefekt naczelna? Gryffonka? Masz na imię Lydia Wells? - moje imię w jego ustach zabrzmiało dość śmiesznie, a wszystko przez jego zachrypnięte gardło. Potwierdziłam skinieniem głowy. - Jestem Remigiusz de Chonore.
- Miło mi cię poznać. - powiedziałam, chociaż skupiałam się bardziej na bólu głowy.
- Nawzajem.- kiwnął głową. - Szukasz swojego dormitorium? Jeśli chcesz mogę cię zaprowadzić.
- Dziękuję.- odparłam, niezbyt przytomnie.
Mężczyzna wstał z kocią gracją i zwinnością, przeciągnął się. Mimo wyglądu i wieku, a nawet drżących dłoni zdawał się być wciąż silny i szybki. Dziwny starzec.
- Jak dobrze rozprostować nogi- mruknął do siebie. Podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się. - Idziemy?
Przeskakiwał z jednego obrazu na drugi, nie okazując nawet odrobiny słabości. Przeszliśmy obok Grubej Damy, minęliśmy dwa zakręty, aż w końcu kazał mi się zatrzymać, przed nagą ścianą. Remigiusz ukłonił się dwornie i wskazał na pustą przestrzeń między obrazami.
- Proszę bardzo, młoda panienko. - powiedział.
Nie wiedziałam, jak mi się to udało, ale dygnęłam przed nim, niczym prawdziwa dama ze średniowiecza.
- Dziękuję, panie de Chonore. - starałam się, by głos mi nie zadrżał. Nie chciałam okazywać słabości.
Mężczyzna jeszcze raz ukłonił się i zaczął się oddalać. Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się do ściany.
- Zmieniacz czasu - powiedziałam słabo.
W ścianie nagle pojawiły się drzwi bez klamki. Pchnęłam je, a one od razu się rozchyliły. Czułam, że zaraz zemdleję. Weszłam zataczając się do krótkiego korytarza. Udało mi się zauważyć mój kufer na końcu przejścia. Dotarłam do niego i niezgrabnie otworzyłam. Grzebałam w nim przez przeszło dziesięć minut, z każdą minutą czułam się gorzej. W końcu znalazłam mocny eliksir na ból głowy. Drżącymi rękami nalałam sobie do szklanki kilka kropel i wypiłam popijając wodą. Wstałam z klęczek, nieco za szybko, przez co zakręciło mi się w głowie.
Nie byłam pewna, co potem zrobiłam. Obudziłam się nagle. Wstałam i patrzyłam się tępo w swoje buty. Pamięć powoli wróciła. Głowa już mnie nie bolała, ale miałam strasznie sucho w ustach. Rozejrzałam się. Szczęka mi opadła, a oczy otworzyły szeroko z oszołomienia.
Siedziałam na czerwonej, skórzanej, trzyosobowej kanapie. Musiałam na niej spać. Po obu jej stronach ustawiono dwa fotelach. Naprzeciwko stał niewielki hebanowy stolik w kształcie prostokąta, położony pomiędzy fotelami, a kanapą, na dużym i grubym dywanie. Przede mną ogień dogasał w dużym kominku z pięknymi rzeźbieniami. Oprócz tego wszystkiego, w pokoju znajdowały się także hebanowa biblioteczka i niewielki barek. Pokój był przestronny, ściany miał pomalowane na jasny kolor. Po chwili zdałam sobie sprawę, że na suficie wymalowany jest herb Gryffinoru. Kiedy przyjrzałam się bliżej zauważyłam go również na stoliku, kominku i nad wejściem na zaciemniony korytarz. Koło tego ostatniego, nadal leżały moje rozrzucone rzeczy, szklanka i eliksir.
Zobaczyłam dwoje drzwi naprzeciwko portalu. Najpierw weszłam przez te po lewej. Za nimi znajdowała się niewielka łazienka. Następnie weszłam do drugiego pokoju. Wyglądał dokładnie tak samo, jak mój pokój w dormitorium Gryffindoru, które zajmowałam przez sześć lat- łóżko z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały ciemnoczerwone aksamitne zasłony, dwie małe szafki po obu stronach łóżka, duża szafa i biurko. Uśmiechnęłam się do siebie. Jednak uśmiech zaraz zszedł mi z twarzy, bo spojrzałam na zegar, powieszony na ścianie. Była dopiero piąta rano, a ja już na dobre się przebudziłam! Spojrzałam na swój strój, potem na okno, skąd rozciągał się widok na błonia i jeszcze raz na zegar. Westchnęłam i powlekłam się do łazienki. Po kilkudziesięciu minutach byłam już umyta, uczesana i przebrana. Rozpakowałam kufer i poukładałam wszystko na swoje miejsca. O siódmej moje dormitorium było w pełni zagospodarowane. Dwadzieścia po schodziłam już schodami w kierunku Wielkiej Sali.
Kiedy weszłam do niej większość miejsc była już zajęta. Znalazłam miejsce koło Mandy i opowiedziałam jej o swoim dormitorium.
- Ty to masz szczęście- powiedziała z zazdrością, ale uśmiechnęła się. - Pokażesz mi je potem, prawda?
Kiwnęłam głową, nakładając sobie przy tym jajecznicę. Usłyszałam znajomy szum skrzydeł. Spojrzałam do góry. Nad głowami uczniów latały sowy najróżniejszych ras i upierzenia. W moją stronę leciała płomykówka. Zgrabnie wylądowała mi na ramieniu i rzuciła na kolana Proroka Codziennego. Do wyciągniętej nóżki włożyłam pieniądze, a po chwili sowa zniknęła w tłumie wylatujących ptaków.
Po śniadaniu przepchałam się do profesora Longbottona, który rozdawał plany lekcji.
- Siódma klasa, proszę panno Wells- podał mi niewielki pergamin.
Ledwie rzuciłam na niego okiem.
- Mam coś jeszcze zrobić przed lekcjami? - zapytałam, na co zmarszczył brwi.
- Nie, raczej nie- odpowiedział w końcu. - Na razie tylko pilnować porządku w czasie przerw.
Kiwnęłam głową i oddaliłam się. Ściskając plan lekcji i gazetę ruszyłam z powrotem do wierzy Gryffindora. Tuż przed wejściem zerknęłam na pierwszą stronę w gazecie i aż krzyknęłam z szoku.
Nagłówek głosił: Atak na Ekspres Hogwart, jedna ofiara śmiertelna!.
- Ofiara śmiertelna? - mruknęłam oszołomiona.- Profesor mówił, że nie było żadnych ofiar...Czemu mnie okłamał?
Wpatrywałam się w nagłówek, ale za nic nie mogłam zmusić się by przeczytać dalszy ciąg tekstu. Ale z ciebie tchórz! skarciłam siebie w duchu. Boisz się nawet przeczytać artykuł! Tchórz, tchórz, tchórz...!
Nagle wpadłam na kogoś. Oderwałam wzrok od gazety.
- Przepraszam- powiedziałam szybko.
Stanęłam przed ukrytym przejściem do mojego dormitorium. Osoba, na którą wpadłam okazała się wysokim, czarnowłosym Krukonem, szerokim w ramionach, z lekko zakrzywionym nosem, jakby złamanym.
- Uważaj, jak chodzisz. - upomniał mnie.
Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Odetchnęłam głęboko. Chłopak stał akurat przed przejściem do mojego pokoju. Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Mógłbyś się przesunąć?- zapytałam. - Chciałabym przejść.
Chłopak spojrzał na mnie, potem na ścianę, aż wreszcie na moją odznakę. Na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
- Jesteś prefektem naczelnym? - zapytał podejrzliwie.
- Tak, jestem prefektem naczelnym- potwierdziłam. Zaczynało mnie denerwować jego zachowanie. - A teraz posuń się, jeśli łaska. - spróbowałam go ominąć.
- Czekaj!- znowu zagrodził mi drogę. - ja też jestem prefektem naczelnym! - wypiął dumnie pierś.
- Przecież wiem! - odpowiedziałam kpiąco. Już wcześniej zauważyłam jego odznakę. - Gdybyś nie był, od razu odjęłabym ci punkty za bezczelność.
Chłopak wyraźnie się zmieszał. I dobrze. pomyślałam. Wtedy doszło do mnie, że jeszcze nigdy nie byłam aż tak śmiała, by komuś odpowiedzieć w ten sposób.
Ponowiłam próbę ominięcia go, ale znowu mi się nie udało.
- Zacznijmy od nowa, dobrze?- zapytał, po czym wyciągną do mnie rękę. - Terry Tarrer. - zawahałam się, ale w końcu ścisnęłam mu dłoń.
- Lydia- przedstawiłam się, chociaż nadal mu nie ufałam.
Miss. Black
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz