Odwróciłam się i stanęłam na palcach, by lepiej widzieć. Rozglądałam się na boki, ale nie mogłam znaleźć osoby, która mnie wołała. Byłam potrącana, szturchana, ale starałam się na to nie zwracać uwagi. W końcu zrezygnowałam z dalszych prób i obróciłam się pięcie.
- Buu!- usłyszałam i aż podskoczyłam.
Przede mną stała moja znajoma, Mandy Kierman, chyba najbardziej bliska mi osoba z Gryffindoru, jak i ze szkoły. Nie byłyśmy jeszcze przyjaciółkami, wystarczało mam, że się kolegujemy. Była w siódmej klasie, niska, okrągła na twarzy, miała krótkie ciemne włosy, brązowe oczy, mały, lekko zakrzywiony nos.
Głośno śmiała się z mojej reakcji. Przewróciłam oczami i westchnęłam.
- Cześć Mandy.- mruknęłam. - Znajdziemy sobie powóz?
- Jasne- wykrztusiła i otarła łzę z kącika oka.
Podążyłyśmy za tłumem, który wyraźnie się przerzedził. Znalazłyśmy wreszcie wolny wóz i weszłyśmy do niego. Kiedy powozy ruszyły zapadła między nami niezręczna cisza. Często się to zdarzało, kiedy byłyśmy razem. Nie wiedziałam, o czym mam z nią rozmawiać. Nie umiałam zacząć rozmowy i często to ona mnie zaczepiała. Obie nie miałyśmy bliższych przyjaciół, dlatego zadawałyśmy się ze sobą. Ja nie umiałam zawiązać przyjaźni, a Mandy nikogo nie obchodziła.
Cisza coraz bardziej ciążyła w powietrzu. Wyjrzałam przez okno, patrzyłam na mijany krajobraz. Nie widziałam już zamku, ale wiedziałam, że za chwile wyłoni się za drzew. I rzeczywiście! Nagle las się urwał, a przede mną malowała się kręta droga. Wychyliłam się jeszcze bardziej i ujrzałam stare mury wznoszące się na wzgórzu i majestatyczne wierze, cień okrywał błonia, ciemna spokojna tafla jeziora odbijała światło księżyca. W dali zauważyłam światła- zapewne pierwszoroczniacy płynęli jeszcze w stronę zamku. W tyle widziałam sześć bramek- stadion Quidditcha. Zamglony las rozsiewał wokół siebie złowrogi urok, od którego aż się wzdrygnęłam. W chatce Hagrida nie paliły się światła, ale widziałam niewyraźną strużkę dymu, unoszącego się z komina. Westchnęłam z zachwytu. Spojrzałam na granatowe niebo, po którym gnało kilka niewielkich chmurek. Co chwilę znikał za nimi sierp księżyca, by następnie pojawić się znowu i oświetlić moją twarz. Wystawiłam głowę na lekki, zimny wiatr, kujący mi policzki. Przymknęłam powieki i wsłuchałam się w odgłosy nocy. Oprócz skrzypienia powozów, słyszałam też zwykłe dźwięki, do których przywykłam podczas niezliczonych nocy w Hogwarcie. Wiatr niósł ze sobą pohukiwanie sowy, szelest trawy i liści. Nagle ciemność rozdarł wyraźne, przeciągłe wycie wilka, od którego zadrżałam. Otworzyłam oczy i jeszcze raz rozejrzałam się, zapamiętując każdy detal. Cofnęłam się i usiadłam prosto.
- Jestem w domu...- mruknęłam z zadowoleniem.
Kiedy nasz pojazd zatrzymał się, szybko z niego wyskoczyłam. Przez chwilę oślepiło mnie światło buchające za drzwi. Zaczęło kropić, niebo przysłoniły chmury. Uczniowie przepychali się, by jak najszybciej wejść do zamku. Podjechał następny pojazd więc ruszyłam przed siebie. Oglądnęłam się jeszcze, by zobaczyć kto z niego wychodzi. Najpierw wyskoczyli dwaj chłopcy, Ślizgoni, potem Ślizgonka, którą widziałam w pociągu i wysoki blondyn. Rozpoznałam w nim Iana. Ten ostatni ujął dłoń dziewczyny i razem poszli w moim kierunku. Zaczęłam przepychać się przez tłum, byle dalej od Ślizgonów. Wraz z powrotem do szkoły, odżyła we mnie nienawiść do nich i chęć rywalizacji, której zabrakło mi w pociągu.
Przeszłam przez próg, do sali wejściowej oświetlonej świecami. Duchy szybowały w powietrzy nad głowami uczniów. Postacie z obrazów, przyglądały się tłumowi z różnymi minami- wyższością, szacunkiem, niezadowoleniem, życzliwością. Niektóre pozwoliły sobie na dystyngowane ukłony, inne na niezbyt miłe prychnięcia. Zauważyłam Irytka, obrzucającego kredą tłum. Ominęłam go szerokim łukiem i przepchałam się do Wielkiej Sali. Uśmiechnęłam się na widok czterech, długich stołów, wysokich gotyckich okien, stołu nauczycielskiego, Tiary Przydziału ustawionej na stołku na schodkach. Sale oświetlały miliony świec, sufit wyglądał jak niebo za oknami. Nic się nie zmieniło, wszyscy wyglądali tak, jakby to co się stało w czasie podróży, było tylko złym snem. Sama zaczynałam tak myśleć.
Wraz z Mandy usiadłyśmy przy stole Gryffindoru. Dziewczyna dopiero teraz zauważyła odznakę przypiętą do mojej piersi. Przechyliła głowę na bok.
- Prefekt naczelna?- zapytała z niedowierzaniem. - Będziesz miała własne dormitorium?
- Nie mam pojęcia. - odparłam. W duchu na to liczyłam, chciałam odgrodzić się od tych wszystkich osób, które mnie irytowały. - Wiem na razie, że mam władze zwierzchnią nad innymi prefektami, mam sprawdzać wagony w pociągu, kiedy docieramy na miejsce i jeszcze od czasu do czasu sprawdzać korytarze w nocy. Mogę jeszcze odejmować punkty i je dodawać. - uśmiechnęłam się na samą myśl.
- Przynajmniej nie musiałaś chodzić po wagonach w czasie podróży, tak jak w tamtym roku.
Kiedy pierwszoroczniacy dotarli na miejsce, Hagrid zawiadomił o tym dyrektorkę, profesor Minervę McGonagall. Rozpoczęła się ceremonia Przydziału. Przypomniała mi się pierwsza podróż pociągiem. Byłam wtedy tak zafascynowana, że nie odrywałam nosa od szyby. Potem płynęłam przez jezioro i pierwszy raz zobaczyłam wielką kałamarnice. Oniemiałam na widok zamku i Wielkiej Sali. Byłam podenerwowana, kiedy nauczyciel wywołał moje nazwisko. Podeszłam o trzęsących się nogach do stołka. Ledwie Tiara dotknęła czubka mojej głowy, już przydzieliła mnie do Gryffindoru. Mój tata był w Ravenclawie, a mama była mugolem. Mieszkaliśmy w normalnym (jak na standardy mugoli) domu w Eton, jednak tata dużo mi opowiadał o Hogwarcie. Mama zmusiła ojca, żebym chodziła do mugolskiej szkoły do ukończenia jedenastu lat. Byłam inna, więc nie mogłam odnaleźć się w żadnym towarzystwie, jak też zostało, nawet kiedy uczęszczałam już do Hogwartu.
Profesor McGonagall wygłosiła krótka mowę na przywitanie, nie wspomniała jednak o tym co stało się w drodze do szkoły. Utwierdzałam się w myśli, że to nigdy się nie wydarzyło, że musiałam przysnąć. Potem zaczęła się uczta. Zdałam sobie sprawę, że jestem okropnie głodna. Nałożyłam sobie wszystkiego, co było najbliżej mnie i zaczęłam jeść. Wokół rozbrzmiewały radosne rozmowy i śmiechy uczniów. Byłam już prawie pełna, kiedy pojawiły się desery. Westchnęłam ciężko i nałożyłam sobie duży kawałek szarlotki- mojego ulubionego ciasta. Nalałam do kieliszka gorącą czekoladę.
Odłożyłam widelec, kiedy pomyślałam, że pęknę z przejedzenia. Większość uczniów też skończyła jeść i rozmawiali ze swoimi sąsiadami. W pewnym momencie dania zniknęły, pozostały tylko lśniące naczynia.
Ze swojego miejsca u szczytu stołu powstała pani dyrektor, rozmowy natychmiast ucichły.
- Drodzy uczniowie- zaczęła z poważną miną.- Przypominam, że zakaz wstępu do Zakazanego Lasy nadal obowiązuje. Proszę nie używać zaklęć podczas przerw. Cisza nocna obowiązuje wszystkich od godziny dwudziestej drugiej. Uczniowie młodszych klas muszą wracać do pokojów wspólnych po kolacji, piąto- i szóstoklasiści do dwudziestej pierwszej, a siódmoklasiści do dwudziestej drugiej. Jutro zostaną rozdane plany zajęć...Prefektów naczelnych proszę o zgłoszenie się do opiekunów swoich domów w ich gabinetach. Teraz proszę o rozejście się w spokoju do swoich dormitorium. Dobranoc.
Uczniowie zaczęli się rozchodzić. Także wstałam, by sprawdzić czy nowi prefekci nie mają żadnych kłopotów, ale nie ruszyłam się z miejsca. Kiedy w sali została ledwie garstka uczniów, skierowałam się na trzecie piętro, gdzie znajdował się gabinet opiekuna Gryffindoru. Był powszechnie lubiany, nie tylko wśród Gryffonów.
Kiedy stanęłam przed drzwiami, zapukałam cicho do drzwi.
- Proszę.- usłyszałam dobrze mi znany głos.
Weszłam i zamknęłam za sobą drzwi.
- Dobry wieczór, profesorze Longbotton.
Nauczyciel zielarstwa siedział przed biurkiem i coś notował. Zerknął na mnie i skinął głową.
- Usiądź.- polecił, miłym tonem, a ja wykonałam polecenie.- Cieszę się, że na prefekta naczelnego wybrano właśnie ciebie.... Zapoznałaś się już z twoimi zadaniami, prawda?- potaknęłam. - Dobrze. Czasem może odbyć się zebranie, na które musisz się zjawić. Możesz wychodzić do Hogsmeade, ale musisz mieć ważny powód i twoim obowiązkiem jest, żebyś powiedziała o tym nauczycielowi....A właśnie! Gabinet dyrektorki znajduje się, jak wiesz, na drugim piętrze i hasłem jest " Piertotum Locomotor" - przerwał i uśmiechnął się, jakby przypomniał sobie niezwykle zabawną historię. - Masz jakieś pytania?
- Kto jest drugim prefektem naczelnym? - zapytałam po zastanowieniu. Nauczyciel przełożył kilka kartek.
- O, mam! Terry Tarrer. Krukon. Miły chłopak. Nie poznałaś go jeszcze? - zapytał. Słyszałam o nim, kilka razy mijałam na korytarzu, ale nie rozmawiałam z nim. Pokręciłam głową. -W takim razie, za niedługo po poznasz. Musicie uzgodnić ze sobą godziny sprawdzania korytarzy. Jeszcze coś?
Pokręciłam głową. Wstałam i skierowałam się do drzwi. Nagle coś sobie przypomniałam.
- Proszę pana, jakie jest hasło do wierzy Gryffindora? - zapytałam, przez co zmarszczył brwi i spojrzał do notatek.
- "Sapientiae humanae".- odpowiedział po chwili. Pożegnałam się. Już miałam wyjść, kiedy krzyknął za mną. - Byłbym zapomniał! Prefekci mają własne dormitoria. Twoje znajduje się niedaleko wierzy Gryffindora. - narysował coś na kartce i mi podał. Była to prosta mapka. - Hasło brzmi " Zmieniacz czasu", ale możesz je zmienić, jeśli ci nie pasuje. Tylko uprzedź mnie o tym. Tobie także mogą być odbierane punkty.- zażartował.
- Dobrze...Dziękuję. Dobranoc.- wyszłam z gabinetu i popędziłam na złamanie karku w kierunku mojego własnego dormitorium.
Jak wygląda dormitorium Lydii? Jak będzie wyglądał pierwszy dzień w szkole? Przekonacie się w następnym rozdziale! W ten piątek!
Miss. Black.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz