Czasem w wyniku stresu dostawałam napadów bezsenności. Wierciłam się, przewracała z boku na bok, czasem łkałam w poduszkę i napadały mnie dość uciążliwe myśli. Zastanawiałam się, po co właściwie żyję, czy to ma jakiś sens. Żadnego nie dostrzegałam. Myślałam, co by było gdybym nagle umarła. Który sposób na śmierć jest najlepszy? Co się czuję kiedy się umiera.? Zapewne zależy to od rodzaju śmierci. Chciałabym umrzeć spokojnie, we śnie, otoczona rodziną i przyjaciółmi, po tym jak załatwiłabym wszystkie sprawy i pożegnała się z wszystkimi. Wątpiłam jednak, by było mi to pisane.
***
Nie wiedziałam przez jaki czas trwałam w otaczającej mnie
ciemności. Przez krótkie przebłyski świadomości czułam się, jakby moje
ciało było zawieszone w oleistej mazi, która chciała mnie zgnieść. Nie
mogłam poruszyć nawet palcem- jakby ciało odłączyło się od umysłu i nie
miało z nim jakiegokolwiek połączenia. Zdawało mi się świadomość wraca
do mnie tylko na kilka minut- nie miałam pewności, równie dobrze mogły
być to sekundy. Nigdy jednak nie odzyskałam jej na tyle, by wrócić do
swojego ciała.
***
Leżałam na miękkim podłożu. Wstałam powoli, oślepiło mnie jasne światło wpadające przez okna. Zasłoniłam dłonią oczy, dopiero kilka minut potem opuściłam ją i rozejrzałam się niepewnie.
Byłam w skrzydle szpitalnym- leżałam na łóżku przy gabinecie pielęgniarki. Byłam jedyna osobą w sali, reszta łóżek była pusta i zaścielona. Przerzuciłam nogi przez krawędź łóżka. Miałam na sobie buty, więc wstałam powoli, ale na szczęście nie zakręciło mi się w głowie. Podeszłam do drzwi gabinetu i zapukałam cicho. Nikt mi nie odpowiedział. Zmarszczyłam brwi i ponownie zapukałam, tym razem głośniej, uderzając zaciśniętą pięścią w drzwi. Znowu cisza.
Zaczęłam się irytować. Chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi.
- Pani Pomfrey?- zawołałam, przechodząc przez próg.
Rozglądałam się po niewielkim pomieszczeniu- najzwyklejszym w świecie gabinecie- lecz okazał się pusty. Z konsternacją wycofałam się, zamykając za sobą drzwi. Rozglądnęłam się jeszcze raz, ale sala nadal była całkiem pusta. Wokół panowała nienaturalna cisza, jak na Hogwart.
- Pewnie wszyscy są na lekcjach.- mruknęłam do siebie.
Zdecydowałam się pójść do swojego dormitorium. Wyszłam na korytarz, z poczuciem winy, że nikogo o moim odejściu nie uprzedziłam. Skierowałam się w stronę schodów. Wszędzie było cicho, nie widziałam ani jednej osoby, ani nawet ducha. Gdzie się wszyscy pochowali? Może już pora lunchu i wszyscy są w Wielkiej Sali?
Mijałam właśnie skrzyżowanie korytarzy, kiedy zauważyłam jakąś wysoką postać. Sądząc po szacie był to uczeń Ravenclawu. Opierał się o ścianę w swobodnej pozie. Podeszłam do niego, ale kiedy chrząknęłam, całkowicie mnie zignorował. Stał do mnie plecami, więc nie widziałam twarzy. Szybko go obeszłam, by widzieć jego twarz. Nie pamiętałam go, ale nie przejęłam się tym. Miał zamknięte oczy i bladą twarz.
-Dobrze się czujesz?- zapytałam podejrzliwie, obserwując go uważnie.
Uśmiechnął się kpiąco i wykonał gest, jakby chciał mnie odgonić. Nadal nie otworzył oczu. Zdegustowana odeszłam szybkim krokiem. Wspięłam się po schodach i skręciłam w korytarz, gdzie jak wiedziałam znajdował się skrót do wierzy Gryffindoru. Jednak zanim do niego doszłam, zauważyłam leżącą na ziemi postać ucznia. Przestraszona podbiegłam i uklękłam przy niej.
Leżał na brzuchu, więc musiałam ją przewrócić, co trochę mi zajęło. Był całkowicie bezwładny. Skóra chłopaka była zimna i blada. Jednak przeraziły mnie jego oczy- szkliste, niewidzące, krył się w nich niewyobrażalny ból i strach. Zbadałam swoje kieszenie- różdżkę musiałam zostawić w skrzydle szpitalnym. Odskoczyłam od nieprzytomnego i pobiegłam do najbliższej klasy, sprawdzić czy znajdę tam jakąś pomoc. Otworzyłam drzwi, na szczęście znajdowali się w niej uczniowie, jednak nie było nauczyciela.
- Proszę, pomóżcie! - zawołałam do nich, roztrzęsiona. - Tam leży nieprzytomny chłopak!
Nikt nie ruszył się z miejsca, odwrócili się w moją stronę. Przypatrywali mi się z przerażeniem.
- No dalej! - krzyknęłam.
Nadal siedzieli na krzesłach, ze strachu całkiem znieruchomieli.
- Co z wami?!- wrzasnęłam.
Spojrzałam w dół na mój strój i aż zachłysnęła się powietrzem. Wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi. Zamiast zwykłej szaty szkolnej, miałam na sobie czarną, przylegającą do ciała sukienkę, sięgającą kolan, z dość dużym dekoldem i bez pleców. Jakim cudem znalazła się na mnie?! Włosy miałam rozpuszczone, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że twarz zasłania mi ciężka maska. Ściągnęłam ją drżącymi palcami.
Krzyknęłam przerażona. W rękach trzymałam maskę śmierciożercy. Upuściłam ja na ziemie i wybiegłam z klasy. Biegnąc zamknęłam oczy na chwilę, by powstrzymać łzy strachu.
Kiedy je otworzyłam nie byłam już w Hogwarcie, tylko w ciemnym lesie. Stare drzewa rosły blisko siebie. Przerażona biegłam dalej. Wydawało mi się, że drzewa mnie obserwują, śledzą. Nie wiedziałam, kiedy wbiegłam na polane. Była noc, księżyc był w pełni. Usłyszałam wycie wilków i aż podskoczyłam. Nagle świat zaczął tracić kolory- wszystko stawało się czarno-białe. Wtedy ich ujrzałam.
Ciemne, zakapturzone postacie, w obszernych płaszczach, poplamionych czerwonymi plamami. Stali na krawędzi lasu, naprzeciwko mnie.
- Boisz się umrzeć? - usłyszałam ledwie dosłyszalny, zimny szept. Nie dochodził z żadnej konkretnej strony, jednak wydawało mi się, jakbym dosłyszała te słowa w głowie.
Zimne łzy spływały mi po policzkach. Mój podbródek drżał z trwogi. Kiwnęłam bezwiednie głową.
- Więc umrzesz.- usłyszałam w głowie.
Zaniosłam się głośnym płaczem. Spojrzałam błagalnie na ciemne postacie. Najbardziej wysunięta do przodu, powolnym ruchem sięgnął za pazuchę. Wtedy zobaczyłam, że jego skóra jest trupioblada i oślizgła.
Krzyknęłam ze strachu.
- Tak, jesteś wśród trupów. - powiedział zimny głos. - I zaraz do nich dołączysz.
Głos zaniósł się cichym, lecz strasznym śmiechem, który zamroził mnie w miejscu. W tym samym czasie postać szybkim, zwinnym ruchem wyciągnęła nóż za pazuchy i rzuciła go w moją stronę.
- NIE!!!- wrzasnęłam, próbując zasłonić się rękami.
Nóż wbił mi się prosto w brzuch, aż po rękojeść. Czarna sukienka zabarwiła się na czerwono. Chwyciłam rękojeść i wyciągnęłam ostrze. Przyciskając ręce do rany, upadłam na ziemie, przy wtórze cichego, przerażającego chichotu. Wokół mnie powstała ogromna krwista plama, z każdą sekunda powiększająca się. Zamknęłam oczy i z ogarniającym mnie bólem, czekałam na śmierć.
- Proszę...- wydobyło się z moich ust, przy ostatnim oddechu. Moje ciało znieruchomiało, już do niego nie należałam.
***
Jakby przez grubą zasłonę docierało do mnie światło słoneczne. Słyszałam też ciche niezrozumiałe słowa. Co się ze mną dzieje? przeraziłam się. Dotarło do mnie, że odzyskałam władzę nad ciałem. Powoli uniosłam powieki. Leżałam na łóżku w skrzydle szpitalnym, koło gabinetu pielęgniarki, a światło przechodziło przez okna i oświetlało moją twarz.... O Boże! Tylko nie to!
W przerażeniu spojrzałam na swój strój, lecz na szczęście byłam w szacie szkolnej. Rozglądnęłam się. Wszystkie łóżka były zajęte, było ich nawet dużo więcej...Jęknęłam cicho, co zwróciło uwagę pielęgniarki. Podeszła do mnie. Miała podkrążone oczy, widać było, że jest strasznie przemęczona.
- Boli cię coś, złotko?- zapytała mnie.
Przypomniałam sobie realistyczny ból z mojego koszmaru, wciąż słyszałam ten śmiech. Jednak nie miałam zawrotów głowy, nic mnie nie bolało. Zaprzeczyłam. Miałam niezwykle zachrypnięty głos. Chrząknęłam. Pani Pomfrey podała mi szklankę zimnej wody, co złagodziło pragnienie.
Nagle ktoś jęknął. Pielęgniarka posłała mi przepraszające spojrzenie i odeszła w stronę, z której dobiegały jęki. Usłyszałam, jak woła jakąś Lauren.
Po chwili podeszła do mnie blondynka w moim wieku z Hufflepuffu. Rozpoznałam w niej dziewczynę, która siedziała ze mną w przedziale pociągu.
Miss.Black
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz