Translate

sobota, 2 listopada 2013

"Kiedy dzieje sie coś dziwnego..."

   Przez kilka długich minut nie wiedziałam co powiedzieć. Chłopak przyglądał mi się bezwstydnie, czekając na moją reakcję. Zaczynał ogarniać mnie gniew. Miałam ochotę uderzyć go w twarz, byle tylko przestał się na mnie patrzeć.
   - Chciałeś mi coś powiedzieć?- zapytałam najmilszym głosem na jaki było mnie stać, ale i tak zabrzmiało to dosyć chłodno.
    Znowu uderzyła mnie myśl, że jeszcze nigdy nie byłam aż taka niemiła. Jeśli nadal taka będę, ta nie znajdę sobie przyjaciół do końca życia. pomyślałam.
   - Tak. Profesor nie mówił ci, że mamy uzgodnić godziny sprawdzania korytarzy?- zdziwił się.
   Poczułam, że się czerwienię, jednak nie chciałam stracić twarzy przed drugim prefektem. Dlatego też w odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami.
   - Może mówił, może nie. - odpowiedziałam chłodno. - Wczoraj nie najlepiej się czułam.
   Zauważyłam, że w jego oczach pojawia się dziwna niepewność i zdziwienie. Żeby to okryć odwrócił wzrok, chrząknął i znowu na mnie spojrzał, a po wcześniejszych emocjach nie było już śladu. Jak on tak szybko potrafi opanować się? pomyślałam ze zdumieniem. Ja tak nie umiem.
   - Kiedy możemy się spotkać i to omówić?- zapytał z powagą.
   W moich uszach dziwnie zabrzmiało słowo "spotkać się".  Według mnie Terry wyraził propozycję randki, a ja spanikowałam, bo nigdy nie miałam głowy do umawiania się z chłopakami.
   - Jaką masz teraz lekcję? - zapytałam pospiesznie.
   - Obronę przed czarną magią. - odpowiedział. Zauważyłam, że zdziwił się z szybkiej zmiany tematu. Ja natomiast pokiwałam głową.
   - Ja też. Możemy o tym pomówić w czasie drogi do klasy, co ty na to? - zaproponowałam ze stoickim spokojem. Odetchnęłam z ulgą, kiedy pokiwał głowa na zgodę. Przynajmniej zrezygnował z zapraszania mnie gdzieś.- Zaraz wrócę, tylko zabiorę torbę. - dodałam.
   Wreszcie mnie przepuścił i mogłam  wejść do swojego dormitorium. Szybko zabrałam to po co przyszłam i włożyłam gazetę do torby z cichym westchnieniem.
   - To będzie musiało poczekać.
   Przeszłam przez próg z nadzieją, że Terry odszedł. Jednak on został na swoim miejscu i cierpliwie na mnie czekał. Jego obecność napawała mnie dziwną nieśmiałością. Ruszyłam dalej, a on obok mnie, grzebiąc w swojej torbie. Kątem oka obserwowałam każdy jego ruch. Kiedy się wyprostował, szybko odwróciłam wzrok. Kiedy chłopak chrząknął znacząco, łaskawie spojrzałam na niego, a potem na kartkę, która trzymał w dłoni. Była to jakaś tabelka z nazwiskami nauczycieli i woźnego, oraz godzinami. Po chwili poznałam ją. Taką samą znalazłam w swoim pokoju, kiedy rozpakowywałam swoje rzeczy.
   - To rozkład godzin?- zgadłam.
   Potwierdził, skinieniem głowy.
   - Masz taki sam.- było to bardziej stwierdzenie niż pytanie, ale i tak potwierdziłam.- Przy sobie?
   - Nie zostawiłam w dormitorium. - przeszliśmy już połowę drogi do klasy i ani mi się śniło po niego wracać. - Potem odpiszę od ciebie moje godziny.
   Przez resztę drogi ustaliliśmy kiedy będziemy sprawdzać korytarze. Terry niewątpliwie szedł mi na rękę, co  trochę mnie irytowało. Wreszcie doszliśmy do sali, przed którą zebrał się już spory tłum Gryffonów i Krukonów z siódmych klas. Miałam nadzieje, że Terry podejdzie do swoich kolegów z domu, ale tego nie zrobił. Stał koło mnie czekając na otwarcie drzwi. W końcu nie wytrzymałam.
   - Nie idziesz do swoich kolegów? - starałam się, by to zabrzmiało łagodnie.
   Spojrzał na grupkę Krukonów i wzruszył ramionami. Potem przyjrzał się mnie.
   - A ty nie idziesz?- wykonał głową ruch w stronę uczniów z Gryffindoru.
   Tym razem to ja wzruszyłam ramionami i spojrzałam na niego spode łba.
   - Moja przyjaciółka jeszcze nie przyszła.-odpowiedziałam.
   Chłopak niezrażony, uśmiechnął się.
   - Co cię tak śmieszy? - warknęłam, unosząc podbródek i patrząc na niego wyzywająco.
   - To, że jesteś taka drażliwa. - odparł.
   - Wcale nie jestem drażliwa! - oburzyłam się. On tylko posłał mi znaczące spojrzenie. - Zwykle nie jestem drażliwa. - poprawiłam się. Dotarło do mnie, że naprawdę byłam od samego rana strasznie rozdrażniona.
   Nie zdarzył odpowiedzieć, bo drzwi sali otworzyły się i uczniowie zaczęli przepychać się, by wejść do klasy i zająć sobie dobre miejsca. Udało mi się zająć miejsce w przedostatniej ławce. To, że dobrze się uczyłam, nie znaczyło, że lubię siedzieć w pierwszej ławce.
   Pogodziłam się z myślą, że Mandy nie przyjdzie na lekcje. Może coś ją zatrzymało, albo źle się czuła. Była przecież taka blada na śniadaniu- nie wiedziałam, że moja skóra również była nienaturalnie blada. Dlatego, kiedy Terry zapytał mnie czy może się dosiąść, zgodziłam się, choć z niechęcią.
   Profesor Mackijay uśmiechnął się do klasy, kiedy już wszyscy usiedli. Oparł się o katedrę.
   - Dzień dobry wszystkim. - przywitał się. Odpowiedział mu chór głosów. - Cieszę się, że możemy się tu spotkać. Siódmy rok w szkole jest dla was ostatnim i najważniejszym rokiem, dlatego też ważne jest byście przyłożyli się do nauki...- nagle uczeń z pierwszych ławek podniósł rękę.
   Nauczyciel udzielił mu głosu.
   - Mogę iść do pielęgniarki, proszę pana?- zapytał zachrypniętym, słabym głosem. -Źle się czuję.
   Profesor przyjrzał mu się uważnie i po chwili pokiwał głowa na zgodę.
   - Dobrze, dasz radę sam dojść? - zapytał.
   Chłopak niepewnie kiwnął głową. Wyszedł chwiejnie z klasy, odprowadzany wzrokiem wszystkich uczniów i nauczyciela. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, oczy wszystkich spoczęły znów na profesorze.
   -Terry!- mężczyzna zwrócił się do prefekta. - Idź za nim i pilnuj by doszedł do skrzydła szpitalnego.
   Chłopak posłusznie wybiegł z klasy. Uśmiechnęłam się pod nosem, byłam niemal pewna, że tamten chłopak chciał po prostu zerwać się z lekcji. Swoje przedstawienie wykonał wspaniale, wyglądało jakby naprawdę miał zaraz zemdleć. Mackijay natomiast zaczął mówić dalej, zwracając uwagę uczniów na siebie.
   - Będziemy w tym roku uczyć się zaklęć dużo trudniejszych od tych które już poznaliście, ale pamiętając o czekających was testach powtórzymy też zaklęcia, które już znacie...
    Do połowy lekcji zwolniło się jeszcze dwóch uczniów. Jeden był śmiertelnie blady, niczym żywy trup, a drugi miał gorączkę, jakby miał zaraz spłonąć. Profesor z nie dowierzeniem patrzył, jak wychodzą.
   - Zażyliście jakieś nowe wynalazki Weasleyów, czy co? - mruknął pod nosem.
   Po chwili zdałam sobie sprawę, że nauczyciel coś mówi. Ale jego słowa ledwo do mnie docierały. Ręce mi drżały. Dotknęłam swojego czoła. Było gorące, ale mnie ciągle przechodziły zimne dreszcze. Jeszcze przed chwilą wszystko było w porządku, a tu nagle coś złego działo się z moim ciałem. Podniosłam rękę i zapytałam, czy mogę iść do łazienki. Jako, że dobrze się uczyłam i byłam prefektem, profesor puścił mnie od razu. Z trudem wstałam i próbując zataić drżenie rąk, wcisnęłam je do kieszeni, ruszając przed siebie.
   Nie wiedziałam co się stało. Nagle pociemniało mi przed oczami, nie czułam już nic. Otoczył mnie mrok, straciłam kontakt ze swoim ciałem, z otoczeniem. Zapomniałam o wszystkim. Otaczał mnie tylko mrok. Straciłam świadomość, odpłynęłam...


Przepraszam, że dopiero teraz dodaję nowy rozdział, ale mam bardzo mało czasu w tygodniu. Mam nadzieje, że mnie zrozumiecie i mi to wybaczycie ;)
Miss. Black.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz